29 lipca 2018

Podróże z FIPem, część 2

Innsbruck, Tyrol i okolice. Podróże z FIPem cześć druga. 

Czas wybrać się nieco dalej. Takie było postanowienie wakacyjne. Wybór padł na Austrię. Zawsze chciałem jechać w Alpy, uwielbiam górskie wycieczki. No i kolejowych motywów tam nie brakuje 🙂  Pewnie część z Was już zastanawia się, jakie są koszta takiego wyjazdu, więc po kolei przejdźmy do relacji. 

Podobnie jak w zeszłym roku, sprawiłem sobie pracownicze bilety FIP. Austria i Włochy, tam jechać chciałem oraz Niemcy i Czechy. Nie muszę dopłacać, więc niech będą. Tym bardziej, że do niemieckiej granicy mam tylko 130 km. Urlop zacząłem planować w grudniu 2017 roku. W lutym zarezerwowałem noclegi, w czerwcu było gotowe wszystko. 

Wybór padł na miejscowość Mutters, położoną kilka km od Innsbrucka w kierunku południa. Odległość jest tak bliska, że skocznia na górze Bergisel wydawała się bliżej niż rzut kamieniem 😉 Trzeba jednak było tam dojechać. Pociąg? Niestety nie. Chciałem pojechać za dnia, więc wybór padł na auto. Tym bardziej, że nie jechałem sam. Niespełna 1100 km, 14 godzin jazdy i byłem na wysokości 818 m. n. p. m. w Mutters. 4 gwiazdkowy hotel już czekał. Pokój w starszej części (były pensjonat). Codziennie zmieniane ręczniki, uzupełniane mydło, sprzątanie, wyśmienite śniadanie. 6 nocy kosztowało 396€ wliczając opłatę miejscową. Drogo? Euro kupowałem po 4,35 zł. Nieco ponad 1700 zł. Za takie same warunki w Szklarskiej Porębie 2 lata temu płaciłem 1680 zł. A i jeszcze cena paliwa. Diesel w Polsce w momencie wyjazdu to 5 zł za zwykłą ropę. W Austrii na stacjach typu BP 1,23€. Cena więc zbliżona. 

Bilet tygodniowy na zaznaczone strefy.

Ale starczy o tym. Zaczynamy jeździć i radzić. Plany były jasne: Neustift im Stubaital (wyjście w góry), Innsbruck kilkakrotnie (turystycznie), Roppen, Jenbach, St. Jodock am Brenner, Vipiteno (zdjęcia). Samochód zostawiamy pod hotelem, nie używajcie go tam, bo to zwyczajnie bezsensowny pomysł. Transport publiczny w Tyrolu jest zorganizowany praktycznie perfekcyjnie. Pierwsze co zrobiłem, to zakupiłem bilet umożliwiający jeździć w góry i do Innsbrucka, skąd też miałem przesiadki na pociągi. Koszt tygodniowego na trasie Neustift im Stubaital – Innsbruck to 25,50 €. Co otrzymujemy w zamian? Nieograniczone przejazdy po „plastrach miodu”, przez które wiedzie nasza trasa. Plastry? Tak zobrazowali tam strefy, od których zależna jest cena biletu. Im więcej stref przejeżdżamy, tym więcej płacimy. A jeździmy wszystkim, co przejeżdża przez nasze strefy: tramwaj, autobus, pociąg… Uwaga! Pamiętajcie, że nie możemy w ramach tego biletu podróżować po strefie miejskiej w Innsbrucku. Tam korzystać możemy tylko z połączeń jadących do lub z naszych poprzednich stref. W moim przypadku był to tramwaj STB (o którym później), który przejeżdża obok dworca zachodniego, następnie przez stare miasto i dociera do dworca głównego. Dzięki temu, a także wielkości miasta i ułożeniu ciekawych miejsc, można trochę pospacerować, zamiast kupować drugi tygodniowy na samą miejską w Innsbrucku. 

STB, Stubaitalbahn. Cud techniki? 

Tramwaj STB na przystanku Kreith.

Działający ponad 100 lat tramwaj łączący Innsbruck z odległym o 18 km Fulpmes, przebiegający przez Natters, Mutters oraz Telfes. Pokonuje kilka mostów i wiaduktów, w tym dwa na prawdę spore, ponad 100 metrowe. Częstotliwość kursowania wynosi 30 minut dla połączenia Innsbruck – Mutters Kreith oraz 60 minut na dalszym odcinku do Fulpmes. Daje nam to ogromny wybór i niezależność. Do tego jadąc do Innsbrucka nie musimy się spieszyć. Tramwaj mamy co 30 minut, podobnie jak powrotny, a ostatni z nich odjeżdża z dworca głównego w Innsbrucku o 22:17. Przed wyjazdem warto jednak sprawdzić rozkład, żeby wiedzieć, który tramwaj jedzie do Fulpmes, a który kończy bieg wcześniej. 

W Fulpmes możemy przesiąść się w autobus, 590a, który powiezie nas do Neustift. To tylko taka propozycja, tym bardziej, że na przesiadkę są 4 minuty, a przystanek jest przy stacji. No i ten tramwaj. Jechałem kilkanaście razy i zawsze przyjeżdżał punktualnie. A tam czekają na nas Alpy i uznawana za jedną z najpiękniejszych alpejskich dolin – Dolina Sztubajska. A poniżej krótki film z przejazdu tramwajem.

 

Kilka uwag. Bilety zakupić możemy u kierowcy/motorniczego, w biletomatach (tych zbyt wiele na linii tramwaju nie widziałem) oraz w punktach zakupu. Ja swój nabyłem w Mutters w informacji turystycznej. Do tramwaju, w którym nawiasem mówiąc nie widziałem ani jednego kontrolera, wsiadamy dowolnymi drzwiami. Inaczej jest w przypadku autobusów. Tu wejście odbywa się pierwszymi drzwiami, a swój bilet okazujemy kierowcy. Nie zapomnijcie też o uśmiechu i jakimś słowie na przywitanie. Ludzie są tam mili i uśmiechnięci, warto im to odwzajemnić. Nawet bez znajomości języka niemieckiego, będą starali się Wam pomóc. 

Pierwszy dzień z pociągiem i Schinenersatzverkehrsbusse. 

Pierwsza „kolejowa” wyprawa to zdjęcia w St. Jodock am Brenner, Brennero (tylko liczyłem na elektrowozy z polskim rodowodem) oraz Vipiteno. W tym ostatnim to też tylko godzinka. Miasteczko ma bardzo ładną starówkę, więc chciałem pochodzić, obejrzeć oraz zjeść i napić się czegoś lokalnego. Coby dużo później nie szukać, wziąłem bilety FIP i od razu wpisałem odpowiednie daty na kuponach do Austrii i Włoch. Problemem pozostało tylko kupić bilety normalne dla dwóch osób jadących ze mną. 

Co do biletów FIP. W Austrii podróżować można na nich do woli, ale:

  1. Do pociągów RailJet i innych typu EuroCity, InterCity obowiązuje dopłata w wysokości 10€. Wystawi ją konduktor, bez pobierania dodatkowych opłat. Wystawi, bądź nie. Bo nie każdy wie i nie każdy będzie robił z tego „dym”. Można też pobrać sobie miejscówkę za 3€ (tyle było na RailJet) przed rozpoczęciem podróży. I to już jest jak najbardziej wskazane. Pociągi te mają spore obłożenie. 
  2. Pociągami typu S, R, REX jeździmy bez ograniczeń. 
  3. Uważajmy na wąskotorówki. Dla przykładu Zillertal Bahn nie jest obsługiwana przez ÖBB, więc na to bilet należy kupić osobno. 
  4. W przeciwieństwie do Czech, nie spotkałem się z zapytaniem o kartę zniżek. 

Bilet dla 2 osób zakupiony w biletomacie.

Łuk nieopodal przystanku St. Jodock am Brenner

Wnętrze włoskiego Flirta.

No to jedziemy. W tramwaj i 30 minut na dół do Innsbrucka. Rozkład jazdy już mam, przygotowywałem go jeszcze w maju, drukując sobie własnej roboty „cegłę”. Tabelki z rozkładem w formacie pdf są dostępne na stronie internetowej ÖBB. Pociąg w kierunku St. Jodock am Brenner odjeżdża co godzinę, więc wszystko jest zaplanowane. 18 minut na zakup potrzebnych biletów dla towarzyszy i wsiadamy w pociąg. Pociąg, którego nie ma. Już automat biletowy wypluwał jakieś problemy, pokazując dziwne połączenia SV300 + S4. Przełączyłem na język angielski, żeby się nie męczyć. Ale nic to nie dało. Po zaznaczeniu opcji „trains only” nie wyskoczyło nic. Jedyne co doczytałem, to że połączenie SV300 + S4 odjedzie o 9:30, a nie o 8:48, jak zakładałem. No cóż. Jestem w kraju cywilizowanym kolejowo, więc trzeba sprawdzić czy jest to prawda. Na dworcu w Innsbrucku znajduje się punkt informacyjny. Udałem się tam. Po otwarciu drzwi, obsługa wstaje zza biurka i z uśmiechem na twarzy wita „Gruß Gott!”. Czyli po „ichniemu” dzień dobry. Dziwna sytuacja, myślę sobie. Nie jestem problemem? Najwidoczniej tam kolej jest dla ludzi, nie odwrotnie. I o tym przekonałem się w ciągu kolejnych 45 minut. Przywitałem się, zapytałem czy może mówi po angielsku. Oczywiście! Super. Więc dalej było pytanie, co się stało i jak tam dojechać? Tam, czyli do St. Jodock. I tu się okazało, że remontowane są tory, a wcześniej wspomniany SV300 to zastępczy autobus. Dostałem wydruk A4 z połączeniami na najbliższe 2 godziny, instrukcje jak kupić bilet (chociaż to już było teraz jasne) oraz gdzie znajduje się przystanek komunikacji zastępczej. Oczywiście padła tez propozycja „proszę wybrać pociąg i powiedzieć ile osób, ja napiszę po niemiecku tutaj (na tym wydruku”, da pan to w kasie i wystawią bilet”. Podziękowałem za pomoc, poszedłem do biletomatu i w kierunku przystanku. I tu niespodzianka. Co chwila pracownicy w kamizelkach, kierujący do autobusów i pomagający z ciężkimi bagażami. W przeciwieństwie do Polski, zastępcza komunikacja nie oznacza zakazu przewożenia rowerów, wózków itp. Autobus miał przyczepkę na rowery, a w środku miejsce na wózki. Ale to był autobus za pociąg EuroCity. Do mojego zostało 30 minut. Także ławeczka i oczekiwanie. Po minucie przyszedł pracownik, zapytać dokąd jedziemy. Odpowiedziałem, że St. Jodock. „To ja zawołam, jak będzie odpowiedni autobus”. To jest podejrzane, nie wydaje Wam się? I faktycznie. O 9:20 przyszedł i powiedział, że bezpośredni autobus do Steinach in Tirol jest podstawiony. Proszę za mną. Poszliśmy, uśmiechnięci ludzie (kierowca i konduktor) zapraszają do środka. Patrzą na plecak z aparatem i statyw i twierdzą: „to do środka, nie jest duże”. Więc wsiadamy. Konduktor oznajmia, że autobus jedzie bezpośrednio, w Steinach mamy przesiadkę do pociągu. Podróż przyjemna. Jedziemy autostradą A13 zbudowaną przez przełęcz Brenner. Po drodze pokonujemy m. in. most o długości ponad kilometra i wysokości niespełna 200 metrów. Na koniec zajeżdżamy do Steinach. Konduktor odprowadza wszystkich do pociągu linii S4 i wyruszamy w dalszą, kilkuminutową podróż. Kolejne 3 godziny upłynęły mi przy robieniu zdjęć i filmów, także szczegóły można pominąć. Powiem tylko, że ruch jest „spory”. W tym czasie przejechało 10 pociągów towarowych, kilka osobówek i jeden EC. 

Bilet z Brennero do Vipiteno dla jednej osoby, zakupiony w austriackim biletomacie.

Miasteczko Vipiteno we Włoszech.

O godzinie 13:15 wsiadam sam do osobówki jadącej do Brennero. Tam muszę kupić bilety i przed 14:38 spotkam się z towarzyszami. Razem pojedziemy do Włoch. Wysiadam na stacji Brennero, „wita” mnie grupa około 10 mundurowych różnych formacji. Uważnie przyglądają się podróżnym. Taką mają pracę, więc nie zwracając większej uwagi idę szukać biletomatu. Znajduję jakiś kolei włoskich. Wyszukuję połączenie i… Nie można kupić biletu. Nie, bo nie. Może tylko na wyższe kategorie? Nie mam pojęcia. Wracam na peron, przy którym zatrzymał się pociąg z Austrii. Był tam ich biletomat, może kupię bilet do Włoch w nim? Nie może, a na pewno. 3€ od sztuki. Drukowany na nieco innym blankiecie, płatność kartą, gotówką… Szybko poszło, więc mam komplet: Vipiteno i powrót oraz do Innsbrucka. Bilet ważny na trasę, nie na pociąg. Więc jakby jechał EC, to też można skorzystać. Taka nowość. U nas to raczej do kasy idzie się z aktówką, bo co województwo, to inny przewoźnik i bilet. We Włoszech zgodnie z planem. Godzinka zdjęć na jakimś bezmotywiu i do miasteczka. Podróż powrotna to odwrotność tej porannej. Z tym, że już przesiadki ogarnięte itp. No i jeszcze może słowo o taborze. W Austrii jednostka Bombardiera z rodziny „Talent”, we Włoszech 5-wagonowy „Flirt 2” Stadlera, znamy również u nas choćby z Kolei Mazowieckich. Stadler jak to Stadler. Standardowe wnętrze bez przepychu, standardowe dźwięki w trakcie jazdy. Tylko fotele inne niż u nas. Miękkie i wygodne. W dodatku część siedzisk składana, żeby miejsce na rower było. A Bombardier? Nie wiem czy to kwestia pociągu, czy torowiska, ale poziom hałasu praktycznie jak w naszym Pendolino. Aż przykro było, że to co u nas „premium”, w Austrii jest normą…

Przejazd prze tunel we włoskim Flircie oraz zapowiedź stacji końcowej:

Zagraniczna kolej też się psuje!

Kolejnego dnia chciałem pojechać do Jenbach na wąskotorówki, a w drodze powrotnej wyskoczyć gdzieś na szlak zrobić kilka ujęć z górami. Na koniec Innsbruck. Plan był ułożony, jadę sam. Bilet ważny, można wsiadać. Do Jenbach podstawiony jest już REX w zestawieniu: 4 wagony i na końcu lokomotywa serii 1144. Planowy odjazd o godzinie 8:50. Kilka minut przed odjazdem z głośników sączy się po niemiecku, że coś tam coś tam. Wyłapałem „problemy techniczne” i „15 minut opóźnienia”. No patrzcie! Jednak na zachodzie też się psuje. 15 minut, myślę sobie, że pewnie nic poważnego, pokręcą się i naprawią. Nic bardziej mylnego, bo padła lokomotywa… Aż się śmiać zacząłem pod nosem, bo przecież to ze 3 godziny, jak nie dłużej. Przynajmniej u nas tak jest. Po 5 minutach pojechał luzak. Trochę się zdziwiłem. Po kolejnych 5 było szarpnięcie typowe dla podłączenia lokomotywy i załączyła się klimatyzacja. Niemożliwe! Czy oni mają awaryjne lokomotywy w gotowości? Na to wszystko przyszedł konduktor i mówi, że „jeśli komuś się spieszy, to z toru obok odjeżdża RailJet. Proszę się przesiadać, nie trzeba zmieniać biletu. My ruszymy za 5 minut”. Kilka osób poszło. Ja zostałem. I faktycznie z opóźnieniem 15 minut ruszyliśmy w kierunku Jenbach.

Stacja początkowa Achenseebahn.

Na miejscu do wyboru są dwie kolejki wąskotorowe. Całoroczna Zillertalbahn oferująca 26 par pociągów na dobę – tak 26 par! Pociąg odjeżdża co 30 minut, rozwija prędkość 70 km/h. A sama linia jest momentami… Dwutorowa! Takie cuda. Wąskotorówka o parametrach i ofercie lepszej niż niejedna magistrala u nas. Całkiem gratis w sezonie można się też przejechać tu pociągiem prowadzonym trakcją parową. 

Druga kolej wąskotorowa to Achenseebahn. Tu przewozy realizowane są sezonowo i obsługiwane parowozem. Wąskotorówka posiada też zębatkę. Nie bez powodu, pokonuje bowiem około 400 metrów różnicy wysokości na kilku kilometrach trasy. Prowadzi z Jenbach nad alpejskie jezioro Achensee. Na miejscu mamy do wyboru rejs statkiem lub szlaki piesze i rowerowe. Tu jednak cena jest dość wysoka, jak na nasze zarobki 😉 

Przejazd w pociągu REX przy prędkości około 120 km/h. Wagon na „normalnych” wózkach, stąd nie telepie i nie huczy:

 

Bilet na wąskotorówkę: Strass – Jenbach.

Stacja początkowa Zillertalbahn.

Dla mnie liczyły się głównie zdjęcia. Na obu kolejkach były parowozy, więc mogłem upolować dwie pieczenie na jednym ogniu. Po przyjeździe do Jenbach zakupiłem bilet tam i z powrotem do Strass im Zillertal (w sumie 5,80€), gdzie zaplanowałem zrobienie pierwszego z parowozu. Bilet kupić musiałem, ponieważ FIP nie jest ważny w wymienionych tu kolejkach wąskotorowych. Z uwagi na bogatą ofertę, zrobiłem jeszcze 3 inne pociągi. Po 1,5 godziny byłem z powrotem w Jenbach. Tu już pieszo wybrałem się kawałek za stację i zrobiłem dwa zdjęcia parowozu na Achensee Bahn. Po wszystkim nadszedł czas na powrót i jakieś zdjęcia na szlaku. Spacerkiem udałem się na stację. Tam sprzed nosa odjechał mi pociąg osobowy w kierunku Innsbrucka. Tragedia, szukać obiadu? Dzień stracony? Na szczęście była 12:16, a kolejny jechał 12:21. Przejechałem nieduży kawałek i wysiadłem w Schwaz. Tu czekała mnie piesza wędrówka, około 2 km w jedną stronę. Trzeba było wyjść za miasto, żeby na tory był jakikolwiek sensowny widok. Nie martwcie się, w Austrii dość popularne są drogi rowerowe wzdłuż torów. Są to wąskie, asfaltowe trasy, na których najczęściej zabroniony jest ruch pojazdów silnikowych. Do tego podejrzewam, że są to drogi techniczne dla pracowników kolejowych, umożliwiające dojazd do linii kolejowej/urządzeń. Jak myślałem, tak zrobiłem. Ruch na miejscu okazał się spory. Byłem tam 25 minut i w tym czasie zrobiłem 3 osobowe, 3 towarowe i luzaka. W trakcie wędrówki przejechał kolejny towarowy i IC. Musicie jednak pamiętać, że w tym miejscu istnieje równoległa linia kolejowa, biegnąca pod ziemią. I właśnie tam skierowane zostały praktycznie wszystkie (albo i wszystkie) pociągi RailJet i część towarowych. Było gorąco, więc wróciłem do pociągu i pojechałem do Innsbrucka, gdzie zrobiłem jeszcze kilka fotek tramwajów.

Tramwaj w Innsbrucku.

Ostatnie zdjęcia na szlaku.

Motyw nieopodal Roppen.

Przedostatni dzień wypoczynku, ale ostatni na szlaku kolejowym. Wybór padł na szlak w okolicy Roppen, na zachód od Innsbrucka. Tory biegną tam między skałami i wzdłuż rzeki Inn. W sumie sama podróż to nic ciekawego. Tramwaj „na dół”, tym razem na Wesbahnhof i dalej osobowy do Roppen. Tam wysiadka i pieszo na motyw. Wyszło około 2 km w jedną stronę. Na miejscu „do dyspozycji” miejsca siedzące w cieniu drzew owocowych, oczywiście z dobrym widokiem na tory. I donośny szum rzeki. Przeszedłem się tu i tam i w ciągu 3,5 godziny zrobiłem 16 zdjęć. Osobowe i RailJety. Trafił się tylko 1 pociąg towarowy. Po wszystkim tradycyjnie obrałem kierunek na Innsbruck. Na stacyjce w Roppen, w budynku znajduje się darmowa toaleta. Była okazja przemyć twarz i ręce, wszak na dworze +30 mimo wczesnej pory. Znajduje się tu również dyżurny ruchu, który wychodzi przed każdym pociągiem na peron, w celu obserwacji przejeżdżającego składu. Oczywiście informuje też o przyjazdach i odjazdach pociągów. Przejazd pociągiem osobowym do Roppen:

 

W Innsbrucku miałem czas na obiad i kolejne zdjęcia miasta oraz tramwajów. Po wszystkim powrót „na górę” tramwajem STB i chwila wolnego. Chwila spożytkowana na wyjście z aparatem i zrobienie kilku fotek tramwajowych w górach. Przy okazji zobaczyłem odległość z przystanku do punktu docelowego na następny dzień.

STB po raz ostatni, Innsbruck i darmowy wyciąg.

W ostatnim dniu chciałem zrobić jeszcze coś z tramwajem. Jeżdżąc nim, widziałem kilka ciekawych miejsc, m. in. bardzo ładny most, z dobrym dostępem do zrobienia fotek. Więc i tam postanowiłem się wybrać. Plan? Jechać tramwajem do momentu minięcia mostu, wysiadka na najbliższym przystanku i szlakiem pieszym powrót. Okazało się, że do przejścia mam 500 metrów do mostu i potem 700 metrów do przystanku, z którego będzie tramwaj powrotny. I w ten oto sposób w 40 minut zrobiłem co chciałem i siedziałem już w tramwaju powrotnym. A powrót był tym razem na darmowy wyciąg.

Na dworcu głównym w Innsbrucku.

Kilka przystanków w dół i krótki spacerek. Tyle wystarczyło, żeby dotrzeć na dolną stację Muttereralmbahn, wyciągu, który zawiezie mnie na wysokość 1608 m. n. p. m. Dalej wejdę już sobie pieszo. Skąd taki pomysł i ile to kosztuje? Otóż wycieczka na górę i na dół kosztuje 17€, ale ja jechałem za darmo. Dlaczego? Otóż wiele hoteli w okolicy oferuje swoim gościom Innsbruck Welcome Card. I takową otrzymałem. W ramach oferty miałem do wyboru skorzystanie z jednego z 4 wyciągów w okolicy. Szkoda było tego nie wykorzystać, a ten miałem najbliżej. Pojechałem, pochodziłem i wróciłem do hotelu. Też tramwajem, bo było gorąco. Chodzenia miałem już też dość, więc wolałem poczekać 5 minut i zjechać 2 przystanki, niż iść prawie kilometr i pokonać 100 metrów w dół. Po odświeżeniu się i zmianie ubrań, udałem się na tramwaj i pojechałem znów do Innsbrucka. Tam był czas na obiad, już tym razem bez zwiedzania i ostatnie zdjęcia. Podjechałem na dworzec główny, ale także zrobiłem kilka zdjęć tramwajów pod skocznią Bergisel i na pętli o tej samej nazwie. Po powrocie chciałem zrobić jeszcze coś w Mutters, ale zaczął padać deszcz. Przestało dopiero przed 21, więc dopiero wtedy wyszedłem, robiąc ostatnie pożegnalne zdjęcia. Na drugi dzień trzeba było wracać do domu. Na koniec nagrałem oczywiście jeszcze oryginalne dźwięki lokomotywy Taurus podczas ruszania:

 

Przykładowe ceny: Innsbruck i okolice, ale także Włochy.

  • obiad jednodaniowy w Innsbrucku (stare miasto) – od 10 do 20€ za porcję, którą bez problemu się najemy,
  • piwo w restauracji – 2,50€ do 5€, w zależności od pojemności i gatunku,
  • kieliszek wina – 2€ do 4€, w zależności od gatunku i rodzaju,
  • kawa – od 1,5€,
  • kawałek ciasta – od 3€,
  • butelka wody w supermarkecie – od 0,70€,
  • czekolada Milka/Lindt – od 1€,
  • piwo w puszcze – ok. 1,2€ przy zakupie zgrzewki, ja trafiłem na promocję 1+1 gratis i wyszło 0,6€ za puszkę,
  • krem czekoladowy do smarowania – 4€,
  • kulki czekoladowe Mozarta – od 3€ (18 sztuk, w promocji były) do nawet 20€,
  • mleczne kanapki znane z naszych sklepów – 1,5€,
  • owoce i warzywa: brzoskwinie 1€ za 8 sztuk, jabłka 2€ za kilogram, banany 1,5€ za kilogram, pomidory 2€ za kilogram,
  • bilet jednorazowy w Innsbrucku na tramwaj/autobus – 2,90€,
  • tabliczka lokalnej czekolady – 3,5€,
  • lokalne cukierki – 0,8€ za sztukę,
  • czekolady smakowe (również lokalne) – od 4€,
  • herbata i Sachera – 5,9€,
  • kawa u Sachera – od 4,9€,
  • oryginalny tort Sachera – 7,9€ za porcję,
  • wejście na szlak w górach – darmowe – nie ma kas jak w naszych Parkach Narodowych,
  • toalety – 0,5€ – 0,7€,
  • zestaw w barze fast-food – od 9€, kawa od 1€,
  • magnesy na lodówkę – od 2€.

Włochy – Vipiteno:

  • obiad dwudaniowy: zupa i zestaw dnia – 16€,
  • kawa – od 1€,
  • gorąca czekolada – 1,5€,
  • piwo w restauracji – od 2€ w zależności od pojemności,
  • lampka tutejszego wina – 1,5€,
  • butelka tutejszego wina – od 9€,
  • lokalne czekolady i słodycze – od 2€,
  • pocztówka – 0,6€,
  • magnes na lodówkę – od 2,5€.
Facebook